36-dniowa podróż z dziećmi po Ameryce Południowej. Witaj Boliwio!



Nasze problemy z agencją turystyczną się nie skończyły, bo są winni nam sporo pieniędzy. 444 sole za Machu Picchu i 200 soli za transport. Nie możemy im tego odpuścić. Codziennie nas zwodzą, obiecując zwrot, do którego nie dochodzi. Musimy iść na policję. Dowiaduje się, że w Cusco swoją siedzibę ma policja turystyczna. Opowiadamy im naszą historię, a oni w pierwszej kolejności wykonują telefon do agencji. Pierwszy policjant łagodnie rozmawia z agencją, ale po chwili wtrąca się drugi i ostro żąda w naszym imieniu zwrotu pieniędzy. Agencja deklaruje, że zaraz oddzwoni, jednak nie można już z nimi nawiązać połączenia. Piszą do nas, że jutro wyślą pieniądze. Składamy raport policyjny i udajemy się do apartamentu na naszą ostatnią noc. Rano dostajemy wiadomość, że przelew został wysłany, jednak tylko za bilety na Machu Picchu. I znów obietnice, że za transport dostaniemy gotówkę, która zostanie przywieziona do apartamentu. Przywozi, lecz znów nie cała kwotę. Tym razem brakuje 50 soli do ostatecznego rozliczania. Podają absurdalne i kłamliwe powody braku całej kwoty. W między czasie mailowo kontaktuje się z nami policja, która chce wiedzieć czy agencja oddała pieniądze. Mamy wrażenie, że ta historia nigdy się nie skończy. No i jak tu wierzyć w ludzi. 

Wybieramy się do Puno nocnym autobusem. Bilet kupujemy za 30 soli. Docieramy o 6 rano i wybieramy na dworcu firmę, która zabierze nas nad jezioro Titicaca. Jest to najwyżej położone jezioro żeglowne na świecie. Odwiedzamy dwie wyspy. Uros i Tacile. Wycieczka to koszt 45 soli za osobę, jedno dziecko gratis. Płyniemy zamknięta łódka, bo na zewnątrz jest bardzo zimno. Niedaleko od brzegu znajduje się pierwsza wyspa.



Witają nas pięknie ubrane panie, które przedstawiają się nam i pokazują jak mieszkają. Wieje sztucznością. Za bardzo wysokie ceny można kupić ręczne wyroby, które już widzieliśmy w całym Peru. Za zaśpiewaną piosenkę należy się napiwek. Nagle podpływa nowa łódka, która wyglądem przypomina Azjatycką tandete z głowami smoków na pierwszym planie. Musimy zapłacić po 10 soli za osobę za mega nudne 10 minut falowania. Płyną z nami panie z wyspy, które ponowne śpiewają Niestety nie mają talentu i oczekują znów napiwku. I niech ktoś mi powie, że to nie jest zepsute turystycznie miejsce.